Czuję się tak zmęczona, ale równocześnie tak wspaniale... W tak idealnie poukładanym świecie. Wystarczy jeden zły ruch, by zburzyć to piękno. Ale ja doceniam wszystko. Lekki podmuch wiatru, zieleń trawy, cudowne oblicze zwierząt. Staram się wykorzystywać dzień w pełni. Wychodzi mi to.
Potrzebuję też spokoju. Takiego z prawdziwego zdarzenia, choćby trwał tylko połowę dnia.
Ciężko mi się pisze. Może dlatego, że wręcz padam z nóg po męczącym wyjściu? Muszę się wyspać, bo dłużej tak nie pociągnę.
Muszę wesprzeć się cytatami, bo jestem nie do życia:
"...i marzę.
Marzę, żeby przeżyć życie stereotypowo.
Kochać i być kochanym.
Obudzić się rano obok ukochanej osoby
i całować jej zapłakane policzki skąpane w łzach szczęścia.
Nie jestem modny?
Nie zbuntowałem się światu?
Nie jestem wyjątkowy?
Nie chcę być!
Pragnę tak mocno, że samo pragnienie mnie uszczęśliwia.
Aż się boję tak ogromnej dawki radości gdy obudzę się rano,
obok ukochanej osoby...
I marzę... "
"Za dużo mówimy o zmianie świata,
"Za dużo mówimy o zmianie świata,
a za mało świat zmieniamy.
Za dużo mówimy o miłości, a za mało kochamy. "
I na koniec, coś z mojego zbioru, wierszy przeze mnie napisanych (jakiś czas temu):
I na koniec, coś z mojego zbioru, wierszy przeze mnie napisanych (jakiś czas temu):
Serce moje, przebite milionami niewidzialnych ostrzy, płakało.
Dusza moja, zraniona tysiącami niewypowiedzialnych słów, krwawiła.
Ciało moje, wykończone przez codzienny obrót życia, wysiadało.
Rozum mój, tak zręczny i dobry na co dzień, tracił swoje umiejętności.
Nie umiałam myśleć trzeźwo. Nie mogłam odczuwać tego, co czułam wcześniej.
Tak jakby niewidzialna ręka niszczyła moje wszystkie plany i marzenia.
Zabierała mi wszystko to co mam najcudowniejsze.
Odbierała nadzieję, drwiła z uczuć nie pozwalając myśleć racjonalnie.
Jak gdyby wymyśliła jakiś zręczny i dokładny plan zrobienia ze mnie bezsilnej.
Zabierając mi wszystko po trochu, niepostrzeżenie, radowała się.
Cieszył ją mój smutek. Moje złe postrzeganie świata.
Bezsilność, nieumiejętność poradzenia sobie z sytuacją.
Odbierając człowiekowi całą jego nadzieję jesteś zabójcą.
Powoli zabijasz go od środka, zabierając mu wszystko co ma.
Albowiem możliwe, że nadzieja to jedyna rzecz, którą posiadał.
I za którą był skłonny oddać życie.
Umarłam, pozbawiona pogody ducha.
Umarłam, ponieważ życie straciło dla mnie sens.
Umarłam, myślami wracając do tego ostatniego, przepełnionego nadzieją, lipcowego popołudnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz