Serce mi pęka.
Muzyka dociera do najdalszego kąta mojej duszy.
Rani ją jak ostrze, coraz głębiej i głębiej.
Nie mam nawet siły by krzyczeć i się bronić.
Po policzkach spływają mi słone łzy.
Deszcz pada, jak gdyby dostosowywał się do tego, co czuję.
Cierpię w samotności, nikomu o tym nie mówię, po co to okazywać?
Tak bardzo lubię zostawiać cierpienie dla siebie.
Przywykłam do ranienia się - psychicznego i fizycznego.
Jestem masochistką, która popada w coraz większą paranoję.
Dzień daje tyle okazji do myślenia.
Sobotni wieczór i tylko ja wśród tej całej, pospolitej monotonii.
Jakim cudem jestem w stanie siedzieć tak spokojnie,
Gdy w moim wnętrzu roi się od piorunów?
Spokój, to dar od Boga dla ludzi, którzy lubią umierać w samotności.
Niszczyć się wewnętrznie nie pokazując tego społeczeństwu.